piątek, 16 czerwca 2017

1, 2, 3, 4...


Dzieci na podwórku bawią się domofonem. Jak szalone biegają od domofonu do domofonu i wymyślają kody, które mają cały nasz blok wysadzić w powietrze. Gdy wydaje im się, że trafiły na właściwy kod, robią mnóstwo wrzasku, rozbiegają się dookoła i imitują odgłos wybuchu. 
W pierwszym odruchu myślę: znak czasów. Słyszą wszędzie o zamachach, o wybuchach i wcielają tę teraźniejszość w swoje zabawy. Nie pierwszy raz widzę obrazek, w którym dzieci naśladują swoją rzeczywistość w zabawach. W kraju ogarniętym wojną dzieci z drewnianymi kałaszami w dłoniach bawią się w wojnę...A potem mnie olśniewa. Niechże wybuchnie, niech wypierdoli cały ten blok, osiedle, całą dzielnicę, niech to się spali do cna, bo ileż można, na miłość boga..


Co drugi dzień

Znowu był zamach. Ten, co w zeszłym tygodniu? Nie, tamten, w Manchesterze, w Londynie. Za dwa miesiące już nie pamiętam, że tam był zamach. "Mały zamach, 7 ludzi nie żyje" - myślę. Mały zamach. Ja pierdolę, ktoś wjechał furgonetką w ludzi, zamach, pfff. Dziś na drogach mojego kraju w wypadkach drogowych zginęło więcej ludzi, niż w tym "zamachu". 

Kiedy zamyka nam się wrażliwość? W którym momencie to ulega racjonalizacji, gdzie się gubimy jako ludzie?

Ciemny las

Gdy byłam dzieckiem, fascynował mnie i jednocześnie przerażał las nocą. Bałam się go, ale robiłam wszystko, by się w nim znaleźć. Teraz jako dorosła osoba, często wędruję po ciemnym lesie.  Fascynuje mnie niezmiennie. Im jest dzikszy i  bardziej oddalony od ludzkich siedzib, tym mniej się boję, a bardziej wsłuchuję. 

Spec od survivalu powiedział mi kiedyś: jeśli idziesz w ciemnym lesie z latarką, to widzisz tylko tyle, ile ma ona zasięgu, metr, dwa, może trzy, ale ty jesteś widoczna z wielu, wielu metrów. Ale jeśli idziesz w ciemnym lesie bez oświetlenia, to wzrok się przyzwyczaja i widzisz dużo więcej. A jeśli ktoś jeszcze jest w lesie, to widzi tyle samo, ile ty.  

Zamrożenie

Całe nasze życie to czekanie. Im jestem starsza, tym bardziej to rozumiem. Ale powiedz to 5-latkowi.

Nanoszę na prywatną mapę drobne zmiany, ale na dobrą sprawę od 15 lat jestem zamrożona, w tym samym miejscu. Czy się zabawiłam? O, tak, bardzo. Czy się nazamartwiałam? Cały czas. Czy zmieniły się moje problemy? Niektóre wcale, a niektóre diametralnie. Czy się zestarzałam? Lustro...

Strach

Boisz się miłości. Znajdujesz ją i boisz się tego, co znalazłeś. Potem boisz się ją stracić, a potem boisz się, co zrobisz, jeśli ci się nie uda jej zgubić... Bo cię zamroziła. 


1, 2 , 3 , 4 

Lubię dzieciaki, ich zabawy, lubię je obserwować, choć irytują mnie do szczętu. Patrzę na rodzeństwo 6-cio i 4-o letnie, które próbuje za pomocą kodów od domofonu wysadzić mój blok. I choć jestem dorosła i wychodząc z klatki schodowej z psem zachowuję zimną krew i nieskażoną emocją minę, w myślach kibicuję im: wysadźcie to w pizdu, waszą dziecięcą wyobraźnią, waszą mocą, waszą wolą. Wysadźcie, bo mnie już tego wszystkiego nie staje...


niedziela, 3 kwietnia 2016

Należy mi się wybór, jak każdemu z nas

Dziwaczny głos przeciwko 


Póki mogę powiedzieć: nie


Dołączam do grona oburzonych, przestraszonych, zbulwersowanych kobiet i mężczyzn reagujących na projekt ustawy całkowicie zakazujący aborcji. Nie ukrywam, że odkąd rozpoczęła się krucjata obecnej władzy, czekałam z trwogą na ten moment. Czekałam bo wiedziałam, że on niechybnie nadejdzie. Gdy parę dni temu rano dotarła do mnie informacja o projekcie znowelizowania tej ustawy, pomyślałam: już, wsiedli na swojego konika...

Mówię nie, bo to zamach na moją nietykalność, na moją wolną wolę, na moją osobistą, człowieczą, a także kobiecą sprawczość. A to oznacza, że jest to zamach na nas wszystkie, a więc na całe społeczeństwo. To groźba dramatów i tragedii w najbardziej osobistym wymiarze, jaki zna człowiek. Patetycznie, ale inaczej nie można, nie powinno się wręcz. Koniec śmiechów, żarty się skończyły.

Jestem liberałem...


...katoliczką tylko przez wolę mych rodziców, bo z serca i doświadczenia agnostyczką. Jestem antykościelna, nieprawicowa, oświecona duchem kultury dobra jednostki. Przesiąknięta Shulzem, Singerem, Dostojewskim, Frommem. Jestem także przekonana, że brak wyboru to więzienie. 

Zwiąż mi ręce, macicę, każ mi


To, czy masz dzieci, jest twoją osobistą i suwerenną decyzją. Powinno być. Nie może być tak, że decyduje o tym prokurator, lekarz, ksiądz albo... gwałciciel.
W tym momencie przychodzi mi na myśl (i nie mogę się przed nią powstrzymać) zasadnicza różnica między zgwałceniem kobiety i mężczyzny. Oba fatalne, krzywdzące, absolutnie destrukcyjne dla ciała, psychiki, dla "bycia" człowieka. Z tą różnicą, że z gwałtu na mężczyźnie nie powstanie ciąża. I tę myśl pozostawiam bez komentarza...

Prokreacja za wszelką cenę


W zasadzie to zaczynam się zastanawiać, o co im chodzi? Naprawdę o dobro populacji, jej liczebność, jej narodowość? Czy może raczej o to, że jeśli władza pierdolnie w najbardziej osobisty i czuły punkt ludności, jakim jest rozrodczość, to zrobi sobie z ludzi przestraszonych niewolników? Pachnie totalitaryzmem. Mało, cuchnie nim.

Aborcja


Moim zdaniem to ostateczność. Czy popieram? Wolałabym nie, ale chciałabym pozostawić tę decyzję tej najbardziej zainteresowanej. Społecznie i osobiście: wolałabym usłyszeć statystyki o dokonanych aborcjach, niż o znalezionych ciałach porąbanych dzieci w beczkach, niż o mamach Madzi... 
Po raz kolejny powiem, że nie można oceniać tych jednostkowych, osobistych sytuacji, emocji i wreszcie decyzji. Jakim kurwa prawem ksiądz może o tym decydować?! Albo prezes kaczyński?

Moje ale do "polityki prorodzinnej"


Wygląda na to, że w naszym kraju przeżyje jedynie określony typ człowieka: Polak, patriota, katolik, pozbawiony własnej woli. Utopiony w przeinaczonym świecie doktryn kościelnych.
Zgwałcona, samotna nastolatko - ródź!
Świadoma żono, partnerko, czekająca na macierzyństwo - nie licz na in vitro!

O kurwa!


Nie wpisuję się w żaden schemat! Dość dobrze po 30-ce. Niestety nikt mnie nie zgwałcił, nie wpadłam jako nastolatka. Od 23 do 29 roku życia byłam w związku, który zakończył się fiaskiem i brakiem ciąży. Potem odkryłam, że teoretycznie można mnie kochać, ale na chwilę, albo trochę, a już z pewnością nie tak, żeby można było ze mną założyć rodzinę, uczynić mnie matką. 

Mój kraj


Mój kraj zamierza zgotować mi każde możliwe piekło. Nie zapobiegnie ciąży niechcianej, nie wspomoże chcianej. Jakbym mało miała życiowych, osobistych, partnerskich przeszkód do tego wszystkiego. Brawo, mój kraju. Brawo moje społeczeństwo, które tak gremialnie zagłosowało na obecną władzę. Wszyscy zadowoleni? 

Jestem kulturalną, oświeconą, empatyczną istotą


Ale z głębi duszy i serca mówię obecnej władzy, wszystkim zwolennikom i współpracownikom i wszystkim, którzy na nią głosowali: chuj wam w dupę. 

Mówię brzydko


Bo mi wolno. I będę mówiła nawet, gdy nie będzie mi wolno. 



czwartek, 10 marca 2016

W nocy, po ludzku

Nędza

Dobrze jest przeczytać książkę o miejscu, w którym się było. Jeszcze lepiej czytać książkę o miejscu, w którym się akurat jest. Tak zrobiłam ze "Stambułem" Pamuka, gdy tam byłam. 

Tę książkę przeczytałam już po powrocie z Rumunii, z Węgier, z Bułgarii, ze Słowacji. "Cyganie. Spotkania z nielubianym narodem" Rolfa Bauerdicka. I jest tam rozdział o wysypisku śmieci na obrzeżach miasta Oradea w północno-zachodniej Rumunii. 

Bauerdick pisze, że był w Jardim Gramacho, odwiedzał największe wysypiska śmieci na świecie, na których mieszkają i funkcjonują ludzie. Z zachowaną hierarchią, z podziałem dóbr i pracy. Ale czegoś takiego, jak wysypisko pod Oradeą, nie widział nigdy. W książce pojawia się zdanie, że ci ludzie już niczego się nie boją. Bo nie zostało im ani w nich nic, co ktokolwiek chciałby im odebrać... Oni sami też niemal niczego już nie chcą. 

Może to jest właśnie definicja całkowitej nędzy. Już nie tej ekonomicznej, ale idącej w ślad za nią nędzy mentalnej i emocjonalnej, nędzy istnienia, z której ci ludzie po części zdają sobie sprawę. To jest wtedy, kiedy nikt już niczego od ciebie nie chce, bo nic już nie masz. I dla świata przestajesz istnieć.


Piramida Maslowa

Gdy zaspokoimy już głód, poczujemy się bezpieczni, będziemy akceptowani, kochani, będziemy czuć się częścią społeczności, jakiejkolwiek, zaczniemy myśleć o potrzebach wyższych, o "dobru ogólnym", o innych wreszcie. 

Słyszałam także teorię, że są takie miejsca na świecie, gdzie piramida nie obowiązuje. 
Od kumpla usłyszałam dawno temu opowieść o Damaszku, tym sprzed wojny, sprzed kilkunastu lat. Podczas swojej wyprawy do Syrii spotkał bezdomnego człowieka, ciągnącego wózek z dobrami, które dla niego jedynie przedstawiały jakąś wartość. Nie bał się, nie płakał, nie prosił, był bosy, ale szczęśliwy. Twierdził, że jest spokojny, bo bóg jest jego odpowiedzią. Odpowiedział na każde jego pytanie. Wskazał, co dobre, a co złe. Wyznaczył drogę, którą człowiek ma iść, żeby zaznać szczęścia w życiu po życiu. Doczesność oznaczył jako etap, część drogi jedynie. 

Niełatwo jest nie wierzyć w nic

Dualizm moralny, świat miliona wyborów, poplątane ścieżki, codzienne decyzje, oceny, nasze i bliźnich. Czy to czyni mnie bardziej ludzką? Pewnie nie. Czy jest mi łatwiej? Z pewnością nie.
Uważam, że ludziom wiary jest w życiu łatwiej. Mają zapewne taki sam wpływ na własny los, jak każdy z nas, ale pewne wybory są już z góry dokonane. Są takie ścieżki, którymi nigdy nie pójdą, bo są oznaczone jako "złe". Upraszczam? Być może. W życiu ateisty prostota to rzadkość. Bo co, jeśli ta doczesność to wszystko, co nam dane? 

Czasem wpadam do knajpy, patrzę na menu, które jest słabe, ceny za wysokie i mimo, że już zdjęłam kurtkę, wymieniłam grzeczności z kelnerem i powinnam zamawiać, to zbieram się i wychodzę. Tak po prostu. 



Lepsze coś, niż nic

Mój minimalizm jest absolutny: lepiej nic, niż mało. Lepiej nie, niż źle. 

Osobista nędza

To nie wtedy, gdy mam pustą lodówkę, albo znów ląduję w "chwilowym domku". To także nie wtedy, gdy odmawiam sobie kolejnej rzeczy. To wtedy, gdy mi nie starcza energii i siły, by podać komuś ciepłe ramię. Musi być ciepłe, zimne to gorzej, niż żadne. 

Mówię do ciebie...

choć brzydko. I będę mówić tak długo, jak się uśmiechasz, nawet, jeśli nie słuchasz. Nawet, jeśli mówisz: jesteś wulgarna i głupia... wyjdź:D







środa, 11 listopada 2015

Przeproś mnie za listopad ®

Jesień

Od kilku lat, co roku, gdy przychodzi ten paskudny czas, ogłaszam akcję pt. 'Przeproś mnie za listopad'. Miesiąc, w którym dzień jest krótki, jak pół papierosa wypalonego w szybkiej przerwie między pracą a pracą. Budzę się, gdy jest ciemno, jadę do biura, wychodzę, gdy jest ciemno. Uciekł mi dzień.

Listopad to miesiąc, w którym samobójcy dużo chętniej i zapalczywiej, a już z pewnością skuteczniej targają się na swoje życia. 

Listopad to miesiąc mgieł. W zeszłym tygodniu po 23:00 wracałam przez miasto do domu. Moje auto oblepiła mleczna maź, w środku Warszawy czułam się, jak na totalnym bezdrożu, samiuteńka, bez cudzych świateł mijania za mną, przede mną, bez pieszych na chodnikach. Ślepa i zdziczała od tej niewidoczności, niemal pogubiłam drogę do domu. Wzięłabym nie ten skręt w lewo i wszystko pojechałoby w zupełnie innym kierunku...


Pieprzona zmiana czasu

To oczywiście Niemcy wpadli na ten pomysł na początku zeszłego wieku. Choć mówi się, że pierwszym, który opisał tę ideę oraz ekonomiczne korzyści (w postaci zaoszczędzonych świec) z niej wypływające, był Benjamin Franklin. 

Ja jestem generalnie przeciw. Z tym, że cały rok powinien obowiązywać czas letni, nie zimowy. Ten nasz zmurszały, środkowo-wschodnio-europejski, ziemniaczano-buraczany, nam właściwy. Każdej jesieni pozornie zyskuję jedną godzinę, co mi ją skradli pół roku wcześniej. Chodzę pół niedzieli, jak głupia, nie wiedząc, co z tą dodatkową godziną zrobić. Późną wiosną zaś gonię za tą 2 w nocy, co mi ją nagle zamienili na 3.

A tak serio, czy w dobie wszech elektryczności taki zabieg ma jeszcze w ogóle sens?

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu

Między Wszystkich Świętych a Dniem Niepodległości, najbardziej ponurymi świętami w naszym kraju, udałam się do Rzymu. Tej europejskiej ziemi obiecanej, tej bez błędu w położeniu - nad dwoma morzami, w klimacie, gdzie listopad cuci mnie niezrozumiałym dla Polki słońcem i bez błędu w żyznej w pizzę i pastę glebie. Ave Romani.
Ten listopad może wyglądać inaczej. Tymczasem za moim polskim oknem, przez te 5 dni, drzewa pogubiły wszystkie liście. Nie żartuję, wszystkie, co do jednego, są łyse. Są tym bardziej łyse przy rzymskich wysokich sosnach, w których w słońcu buszują zielone, hałaśliwe papugi. 

Tymczasem w Polszy

"Macierewicz szefem MON" - napisała mama. - Nie wracamy - odpisałam. "Wracaj, zwariuję tu bez Ciebie". Wróciłam, Ryanair mi pozwolił. Jestem. Jutro naziolskie święto w centrum mojej nie do końca cywilizowanej stolicy.

Wielkie piękno

Oczywiście, że oglądam jeszcze raz. Być w Rzymie i nie oglądać "La grande bellazza" Paolo Sorrentino to pewnie jak być tam w połowie. Wyegzaltowane? Być może. To obejrzyjcie. 

Fontanna di Trevi - najpiękniejszy, najbardziej zamaszysty pomnik baroku dostępny w dzisiejszej Europie naprawdę zapiera dech w piersiach, mimo skaczących pomiędzy Neptunem a skałami szczurów i mew. Mimo tysiąca turystów rzucających za siebie monety. Paliłam tam papierosa w tłumie, w ręku schowaną miałam małą małpkę prostego, włoskiego chianti. Szturchali mnie rozbawieni amerykanie, z lewej miałam hiszpańską parę, która na selfie-sticku trzaskała sobie zdjęcia z nienaturalnymi minami. La grande bellaza, grande!

Więc przeproś mnie za listopad

Za mgły, za zimno, za wiatr, za deszcz, za to, że w zapadanych lusterkach nic nie widzę. Przeproś mnie za ciemność przed 16:00, za Macierewicza, za Ziobrę, za Kamińskiego, za Jarka wreszcie. Przeproś mnie za wszystko to, co zobaczę w stolicy mego nieudanego kraju 11 listopada. 
Przeproś mnie za równinę mazowiecką, która ciągnie się tak daleko, jak nie sięga mój wzrok. Za brak słońca, za brak wiary, za brak piękna, wielkiego piękna. Jak bohater Sorrentino, Jep Garribaldi, będę tego piękna szukać aż do starości. Powiedzcie mi tylko, gdy je przegapię. 

poniedziałek, 7 września 2015

Uchodźcy - problem każdego Polaka


Korek

Wjechałam rano na Wisłostradę i od razu stanęłam. Stoimy, wszyscy sobie stoimy w strugach deszczu. Stoimy w bardzo drogich lub bardzo tanich autach - to nie ma znaczenia. Korek, jak deszcz jest egalitarny. Stoimy, lewe stopy na sprzęgłach (poza tymi autoamtycznymi - oni mają wakacje dla lewej stopy), prawe dłonie wachlują: jedynka, luz, jedynka, dwójka (hu hu!), luz... Stoimy, złościmy się, dłubiemy w nosach, poprawiamy makijaże, bawimy sie radiem, nadmuchami szyb, temperaturą klimatyzacji, wycieraczkami. Stoimy sobie powolutku, wszyscy już godzinę spóźnieni.

Bawimy się telefonami, sprawdzamy, dlaczego stoimy (bo 8 kilometrów dalej był wypadek 2 godziny temu i dlatego stoimy), piszemy smsy, dzwonimy. I czujemy, że coś sie wreszcie musi ruszyć. Musi! Przecież nie można tak stać, gdy te nasze bardzo tanie lub bardzo drogie auta rozpuszczają sie w kroplach deszczu. Rozpuszczają się, bo, przynajmniej w Warszawie, większość jest z marcepanu. I trzeba jeździć ostrożnie, bo w deszczu sie rozpuszczają. Takie cukrowe samochody.

I wtedy przchodzi złość ostateczna. Pomyslałam sobie: jest nas za dużo! Za dużo w jednym miejscu, za dużo na Wisłostradzie, za dużo w Warszawie! Zaczęłam rozglądać sie po rejestracjach innych aut: ten nie z Warszawy, ten też nie i ten też nie. To oni, ci obcy robią nam tłok! To przez nich spóźnię się do pracy, ja, z rejestracją WI (Warszawa Śródmieście)! A gdyby tak, niczym mydlane bańki nagle zniknąć, rozprysnąć w powietrzu wszystkie auta z numerami rejestracyjnymi spoza Warszawy? Nie byłoby korka, nie stalibyśmy pomalutku w strugach deszczu.

Lokalny szowinizm

A dlaczego by tak nie wprowadzić opłat za wjazd do miasta dla wszystkich spoza niego? Może okazałoby się, że ci wszyscy LLU, LRY, EL, PO, GA i tak dalej szybko przerejestrowaliby auta, bo przecież tu żyją i tu pracują. Dlaczego zatem nie odprowadzają tu podatków?

A dlaczego jest tak, że jak jadę w góry lub nad morze, to muszę zapłacić enigmatyczną i abstrakcyjną opłatę "klimatyczną"? Za to, że mogę podziwiać widoki, oddychać czystym powietrzem. Czy zatem wszyscy, którzy przyjeżdżają do Warszawy nie powinni odprowadzać opłaty "miejskiej"? Za to, że mogą korzystać z możliwości, jakie daje im miasto stołeczne?

I jak oni wszyscy jeżdżą, jesus... Gubią się, wpychają, po trzy razy zmieniają pasy, wloką się nieudacznie, nie rozumiejąc, że jesli stojąc w korku robią 50-metrowe przerwy przed samochodem przed nimi, to ktoś z tyłu nie zmieści sie na światłach, albo zablokuje ruch? - Jak jedziesz? Jesteś w Warszawie, nie zauważyłeś?!

No i psucie rynku pracy - popracują za mniej, niż ja, dlatego to oni, ci obcy dostaną pracę, a nie ja. Zróbcie małe badanie każdy w swojej firmie i policzcie rdzennych Warszawiaków. Jest chociaż 20%? To już nieźle. Zapytajcie, jak ta reszta ma zarejestrowane auta, zapytajcie, gdzie odprowadzają podatek dochodowy. A na koniec zapytajcie: Podoba Wam się w Warszawie? Usłyszycie: Nie, to straszne miasto, ale tylko tu mogłam/em znaleźć pracę...

A potem zapukajcie do swojego wnętrza i przyznajcie, sami przed sobą, w środku, w Was, co ciśnie Wam się na myśl. Bo mi ciśnie się: Nie podoba się? To wypierdalaj! Nie potrzebujemy cię tu, wieśniaku! Ja się przyznaję. W takich sytuacjach, po dwugodzinnej podróży do pracy na dystansie 20 km w tłumie tych obcych, tam w środku, w Kasi, właśnie to ciśnie mi sie na myśli i usta: wypierdalaj.


Skala mniej lokalna

No to do puenty. jak byłoby z uchodźcami? Tacy jesteśmy wszyscy poprawni politycznie, współczujący, skłonni pomagać, tak ideologicznie postępowi, liberalni, tacy kurwa dobrzy ludzie! Ale czy na pewno? Czy każdy z Was, tych dobrych, postępowych, światłych ludzi byłby w stanie oddać kawałek czegoś swojego, naprawdę swojego? Oddałbyś część swojej pensji na poczet podatku na utrzymanie dla uchodźców? Oddałbyś 2 m kwadratowe swojego mieszkania? Oddałbyś miejsce swojego dziecka w przedszkolu na rzecz dziecka uchodźcy? 

Co to właściwie znaczy, że to "państwo ma dać"? Przecież państwo nie dysponuje swoim własnym monarszym majątkiem, tylko naszym, to są nasze podatki!


Daj, daj, daj!

Wszyscy dyskutujemy. W gronie rodzinnym, wśród przyjaciół, na fb, na forach, na portalach informayjnych. To dobrze, takie narodowe debaty zawsze mnie cieszą, to znak, że żyjemy jako społeczeństwo. To jest właśnie nasza przestrzeń demokratyczna.

W ostatnich 2 tygodniach zostałam przynajmniej kilka razy zapytana, co sądzę o sprawie uchodźców. Długo czytałam różne rzeczy, przyglądałam się dyskusjom, emocjom nimi wywołanym, różnym światopoglądom i umiejscowieniu w nich kwestii uchodźców.

Widziałam straszne zdjęcia, utopionych, wyrzuconych na brzeg plaż dzieci, płaczących dorosłych, tłumów bezradnych, czasem także agresywnych ludzi. I w całej tej sytuacji jedno nie pasuje mi najbardziej: roszczeniowa postawa. Daj, daj, daj.
- No przyjechałem se, a ty teraz zrób sobie z tym, co chcesz. Nakarm mnie i daj mi dach nad głową, bo inaczej umrę ci tu na ulicy, w cywilizowanym, europejskim kraju. Umrze nas legion. Albo ci zabierzemy, ukradniemy. I co, co mi zrobisz?

Przecież wszyscy wiemy, że zalewająca Europę fala uchodźców to, poza niewielką garstką ludzi uciekających przed wojną, w większości bardzo zdeterminowana, ale jednak fala imigrantów zarobkowych! 

Ja też wzięłam swego czasu udział w fali emigracji zarobkowej do UK. Ale tam nikt mi niczego nie dał. Ani jedzenia, ani dachu nad głową. Nic za darmo. Musiałam mieć odpowiednie papiery (po wejściu Polski do UE było z tym łatwo), musiałam znać język i kulturę miejsca, do którego przybyłam. Musiałam mieć pieniądze, tak, pieniądze na start, na mieszkanie,jedzenie, przejazdy, zanim uda mi się znaleźć pracę. Bo taki wyjazd to ryzyko, ale i inwestycja. Jedyne, na co rząd brytyjski od czasu do czasu się rzucał dla Polaków to bilety powrotne do kraju, autobusowe (nie lotnicze), z Victoria Station. Tam rzeczywiście można było zaobserwować tych nieporadnych, koczujących w śpiworach Polaków bez grosza przy duszy. Nie poradziliście sobie? To wracajcie do domu. 

Dlaczego zatem mamy lekką ręką dawać cokolwiek ludziom, którzy przyjeżdżają tu w celach czysto zarobkowych? Nikt nie trzyma im luf przy skroniach, nie muszą tego robić. Dlaczego mają dostać za darmo to, czego nawet ja, mieszkanka tego kraju nie dostałam i nigdy nie dostanę (mieszkanie, zasiłek i inne darmówki)? Nie zgadzam się, oświadczam, że się na to po prostu nie godzę. 

Uciekaj albo giń

Wiem, że wśród różnorodnego tłumu uciekinierów, uchodźców, emigrantów, czy jakkolwiek ich nazwać są ludzie, którzy ucieczką ratują się przed śmiercią, przed prześladowaniami. Może jednak powinna być przeprowadzona pewna selekcja? Pomóżmy tym, którzy naprawdę tej pomocy potrzebują i odeślijmy do domu tych, którzy nie rozumieją, że Europa nie da im darmowego życia. I mówię to bez względu na to, skąd ci ludzie są, jaki mają kolor skóry, jakiego są wyznania. To nie ma najmniejszego znaczenia.


Moje korki (blokady)

Bo, szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie jeszcze większego korka, w którym miałabym co rano stać. Tyle mam blokad w życiu, tyle razy siedzę w uruchomionym aucie, nie mogąc nic zrobić, stoję, powolutku stoję. Nie stać mnie na to. Tu się kończy mój liberalizm. 

wtorek, 9 czerwca 2015

Kampania pseudospołeczna


Bo jej się nie chciało


Najnowszy spot Fundacji Mamy i Taty spowodował wrzenie. Ja potraktuję go jako pretekst do tego tekstu, bo przecież wszystko, co stoi poniżej, było już wcześniej w mojej głowie, dojrzewało. Czasem emocjonalnie, bo sprawy te dotyczą mnie, moich najbliższych, moich przyjaciół. 

Przypomnę, że chodzi o 30-sekundowy spot rzeczonej Fundacji, w którym zadbana kobieta, z pewnością po 30-ce przechadza się po wypasionym domu, obok stołu, który jest nakryty tylko dla jednej osoby i opowiada, jak to zrobiła karierę, specjalizację, kupiła dom, mieszkanie, i wszystko to zdążyła tylko nie zdążyła mieć dzieci... Rozumiecie? Nie chciało się tej egoistycznej piździe mieć dzieci!



Brawo! Piękny prawicowy, antyfeministyczny, piętnujący postawy wolnościowe przekaz. Pytanie tylko brzmi: dla kogo? Bo z całym szacunkiem: nie znam zbyt wielu takich lasek, które "zapomniały" mieć dziecko. (Oczywiście są kobiety, które świadomie się na to nie zdecydowały i mają pełne prawo do podjęcia decyzji o nie posiadaniu dzieci i nic innym do tego!) Znam za to wiele takich kobiet, które:

  • Nie mogą mieć dzieci (one lub partnerzy).
  • Ich partner nie chce mieć dzieci.
  • Nie mają z kim mieć dzieci (!).
  • Nie zrobiły kariery, nie mają świetnej pracy ani mieszkania, więc nie mają gdzie mieć tych dzieci.
  • Mają śmieciowe lub czasowe umowy w pracy, które sprawiają, że kobiety boją się zajść w ciążę. etc.

Wiecie, jak działa taki krótkowzroczny, egoistyczny i niestety upolityczniony spot na te kobiety? Wyobraźcie sobie bezrobotnego, który z całych sił szuka pracy i nie może jej znaleźć i jest za to karany. Tak właśnie się czują. 

Nawet jeśli ona "zapomni mieć dzieci", to oni jej tego nie zapomną


I tu zgodzę się z Markiem Susdorfem RODZIĆ KOBIETY JUŻ ZAPŁODNIONE! O NOWYM SPOCIE FUNDACJI MAMY I TATY. Presja zostania mamą, która towarzyszy kobiecie na każdym kroku, szczególnie po 30-ce działa lepiej, niż najlepsza kampania społeczna. To jest wszędzie: w reklamach, na ulicach, na FB, na skrzynkach e-mailowych. Koleżanki zachodzą w ciążę, mama pyta: no kiedy, kiedy wreszcie?, kupuje ubranka dla nienarodzonego dziecka, wujostwo na urodzinach babci wskazuje na zaokrąglony brzuszek swojej córki i mruga znacząco. I teraz po raz kolejny wyobraźcie sobie kobiety, które wymieniłam w punktach powyżej. Czują się z tym pewnie świetnie.

Czy naprawdę ktoś sądzi, że można zapomnieć lub nie zdążyć być matką? Ile jest takich kobiet, które w ogóle o tym nie myślą? Jest za to sporo takich, które bardzo chciały, ale z różnych powodów nie mogły. 
Szkoda kasy na taką kampanię. Lepiej przeznaczyliby te pieniądze na dofinansowanie in vitro dla kobiet, które nie mogą, a bardzo chcą zostać mamami. Że co? Że nie? Aaaa, że nie wolno? No tak, przecież to nienaturalne!

Ta kampania jest dla nikogo. Powstała, by wkurwić lub zranić tych, którzy są z przeciwległego obozu poglądowego. Powstała po to, by napiętnować przerysowany mocno stereotyp "singielki". Tej bogatej, wykształconej, z karierą, domem i mieszkaniem. Postać dla mnie równie realna, jak Krasnal Chałabała... Zauważcie jeszcze, że w kampanii literalnie jest mowa o piętnowaniu nie posiadania dzieci, ale między słowami to zwyczajnie piętnowanie samotności.

Kara za samotność



I znów zadam podobne pytanie: ile znacie singielek, które są same, bo tak chcą? Ja nie znam ani jednej, za to znam takie, którym rozpadł się długi związek, niestety gdy były już po 30-ce, a wtedy trudniej układa się życie na nowo. Znam takie, które straciły partnera i nie są w stanie wejść w nowy związek. Znam też takie, którym trudno jest nawiązać kontakt z drugim człowiekiem, a nie są już w wieku szkolnym i nie poznają co dzień nowych "kolegów". Znam takie, które nie spotkały kogoś, w kim by się zakochały. 

Znam sporo kobiet, które z różnych powodów są same. To na ogół ładne, mądre, fajne kobiety. Kobiety, które radzą sobie w pojedynkę. Mają tym większą potrzebę posiadania dobrej pracy, bo nie mają tej drugiej osoby, która by je wsparła w trudniejszej chwili; muszą mieć dobrą pensję, bo w pojedynkę dużo trudniej jest wziąć kredyt. Niektóre wcale tak dobrze sobie nie radzą: gdzieś pracują, coś wynajmują. Jednak wszystkie te kobiety łączy jedno (choćby same się tego zapierały): żadna NIE CHCE być sama. Bo do tego tanga niestety trzeba dwojga. I ma się na to wpływ co najwyżej w 50%. 

Zatem wspomniany spot piętnuje także takie osoby. Jesteś sama? Pewnie sama jesteś sobie winna.


Pytanie: Dlaczego nie masz dzieci?


Można by także zapytać: dlaczego je masz? Albo dlaczego nie wierzysz w boga lub dlaczego wolisz sex od tyłu? Może można zadawać takie pytania, a może właśnie wcale nie można. 

Kwestia rodzicielstwa to sfera intymna każdego człowieka. Tak, jak kwestia wiary, preferencji seksualnych, a nawet poglądowych. Uważam, że to zwyczajnie niczyja sprawa, czy mam dzieci, czy ich nie mam, w co wierzę i czy wierzę w cokolwiek, z kim się pieprzę i jak i na kogo głosowałam lub nie głosowałam. To moja sprawa. 

Niestety nie w tym kraju. Tu chcą mi zaglądać pod kołdrę, pod skórę, w głowę. Chcą przewalczyć jedyną słuszną strategię na życie, najlepiej dokładnie taką samą dla wszystkich. A już w szczególności taką samą dla wszystkich kobiet.


Gdyby dziś wolno było ustawiać stosy, to płonęłybyśmy aż miło!


Dom i mieszkanie? Tokio i Paryż? Kariera i specjalizacja? W dupie ci się poprzewracało? Moja droga, albo zabierzesz się za rodzenie dzieci, najlepiej na skalę masową, pranie, gotowanie i sprzątanie oraz porzucisz marzenia o własnej kasie choćby "na waciki" albo płoń, wiedźmo! 

Nie będę się przejmować katolskimi fundacjami z ich przekazem rodem z ambony w zadupiastym kościele. To tylko wyzwalacz moich wolnościowych, buntowniczych myśli. 

Polecam bowiem Waszej uwadze inne kampanie tej fundacji:

"Miłość. Lepiej na całe życie". Chciałoby się dodać: spójrz na łabędzie! Od razu staje mi przed oczami taki obrazek: niekochające się, gardzące sobą małżeństwo z rozbuchanym stażem i nienawiścią do siebie nawzajem. Widziałam to nie raz. Kto do kurwy nędzy powiedział, że miłość ma być jedna i na całe życie? Kto tak miał? Przypomnijcie sobie pierwszą dziewczynę/chłopaka, w których się zakochaliście i pomyślcie sobie, że nie wolno wam już zmienić zdania, odkochać się lub zwyczajnie stwierdzić, że się pomyliliście i zacząć czegoś od nowa. Bo nie mówię już o ludziach maltretowanych przez swych współmałżonków, a jednak trwających w sakramencie, "bo on święty". No bieda. 

Albo to: "Fajnie mieć własny pokój. Ale brata fajniej!" - to jest dopiero bomba. To jakby powiedzieć: nie masz kasy ani warunków na drugie dziecko? Spoko! Nasi starzy mieszkali przecież z trójką dzieci w kawalerce przez 16 lat i było świetnie! Katoliku: rozmnażaj się! Chciałoby się dodać: spójrz na króliki!

Polityka prorodzinna 


To, co przebija przez okrutny spocik Fundacji Mamy i Taty to przede wszystkim totalna niewiedza, ignorancja i niezrozumienie nie tylko trudnych wyborów jednostek, ale także procesów, które są bezpośrednio związane z systemem, w którym żyjemy. 

Nie jestem ślepa, wiem, że jest sporo samotnych, bezdzietnych kobiet. I wiem też, że powody, dla których tak jest są zupełnie inne, niż te wskazane w spocie.  

Na przekór wszystkiemu chciałabym pozdrowić wszystkie mamy ze specjalizacjami, które zabrały swoje dzieci do Tokio lub Paryża. 

A także te panie, które piorą, gotują, mają słabą pracę i nigdy nie pojadą do Tokio czy Paryża ani same, ani tym bardziej z dziećmi, których nie mają. 


Stosy to jednak niegłupia rzecz. Gdyby wolno było je stawiać, to osobiście pod kilkoma podłożyłabym ogień.